poniedziałek, 6 sierpnia 2012

~ 02

                                                                  * Tydzień później *

Umalowałam rzęsy maskarą i delikatnie musnęłam usta błyszczykiem.
- Sophie, idziesz? - usłyszałam z dołu krzyk mamy.
- Już schodzę - odkrzyknęłam i jeszcze raz dokładnie przejrzałam się w lustrze. Miałam na sobie czerwoną sukienkę sięgającą do kolan i czarne szpilki na wysokim obcasie. Nie lubiłam się tak ubierać, było to dla mnie zbyt oficjalnie. Z łóżka zgarnęłam czarną kopertówkę i udałam się na dół. Stali tam już wszyscy, oprócz mnie rzecz jasna.
- Dłużej się nie dało? - zaśmiał się Louis.
- W każdej chwili mogę iść do góry i jeszcze trochę tam posiedzieć - odwzajemniłam śmiech.
Jamie wraz z Davidem czekali już w kościele. Do ceremonii zostało niecałe 30 minut. Zlustrowałam wzrokiem wszystkich obecnych. Mama miała ubraną niebieską sukienkę za kolano i kremowe szpilki, tata postawił na klasyczny, czarny garnitur. Kiedy spojrzałam na Loui'ego moje serce mocniej zabiło. Miał na sobie czarny, rozpięty garnitur, białą koszulę i granatowy krawat. Harry zaś postawił na swobodę. Miał na sobie czarne rurki, białe conversy, szarą marynarkę i czarną muchę przy szyi.
- Wow, dobrze wyglądacie - zagadnęłam w drodze do samochodu.
- Ty też niczego sobie - posłał mi uśmiech Lou.
Weszliśmy do kościoła i usiedliśmy w trzeciej ławce. Chwilę po naszym przyjściu rozległy się dźwięki delikatnej muzyki zwiastującej przyjście panny i pana młodego. Moja siostra wyglądała cudownie. Miała na sobie śnieżnobiałą suknię zwężaną u góry, kończyła się zaś dołem, który wyglądał niczym pióra białego gołębia. David wyglądał nie gorzej. Czarny garnitur idealnie podkreślał jego zgrabną sylwetkę. Za przyszłym małżeństwem podążali świadkowie. Ciocia Megan i kuzyn Gregore. Nie za bardzo za nimi przepadałam, ale w końcu był to ślub mojej siostry, nie mój i to ona wybierała swoich świadków, nie ja.
- Czy ty Davidzie Jankins bierzesz tą tu obecną Jamie Greese za żonę? - zabrzmiały słowa przysięgi.
- Tak - szepnął mój nowy brat.
- Ogłaszam Was mężem i żoną. Możecie się pocałować - łzy wzruszenia zaczęły spływać po mojej twarzy. Wszyscy zaczęli klaskać.
- Płaczesz? - szepnął mi Lou na ucho.
- Nie, podlewam rzęsy - zakpiłam.
- Lepiej nie płacz, szkoda zniszczyć taki piękny makijaż.
- Jasne - westchnęłam i otarłam twarz dłonią. Pani Jankins wraz z Panem Jankinsem zaczęli wychodzić z kościoła. Za nimi szli świadkowie, a zaraz cała reszta. (...)

Weszliśmy do ogromnej sali bankietowej, którą wynajęła moja siostra.
- A teraz każdy gość bierze po kieliszku i wznosimy toast, za nasze nowe małżeństwo! - zakrzyknął pan z orkiestry. Posłusznie podniosłam szampana i upiłam łyk. Po chwili tłum z gromkim śmiechem zaczął śpiewać sto lat. (...)

Goście zaczęli siadać do stołu i zajadać obiad. Uczyniłam to samo siadając obok Louisa i Harrego.
- Podać Ci coś? - zapytał z troską w głosie Lou.
- Mam rączki, poradzę sobie - podniosłam w górę ręce i śmiesznie nimi zamachałam.
Nałożyłam sobie trochę ziemniaków i najmniejszy kawałek mięsa jaki znalazłam, kiedy chłopcy jedli, aż im się uszy trzęsły.
- Tak właściwie, czemu nie wzięliście reszty zespołu? - zagaiłam.
- Bo zaproszenie było dwu osobowe - mruknął Louis.
- Aaa.. czyli przyszliście jako para? - zaśmiałam się.
- Coś w tym guście - Hazza posłał mi smajla.
- A ty nie przyszłaś z nikim szczególny? - nieoczekiwanie zapytał Tomlinson.
- Niee... jedynie mogłam wziąć psa... - mruknęłam, Loui się zaśmiał. (...)

Kompletnie straciłam poczucie czasu. Parę razy zatańczyłam z Louisem i Harrym, kilka razy z Davidem, tatą, a nawet siostrą i mamą. Nie stroniłam od alkoholu i równo popijałam razem z chłopakami. O 24:00 urwał mi się film...

Obudziłam się rano w schludnym pomieszczeniu, zupełnie naga na dwuosobowym małżeńskim łożu. Podniosłam się nieznacznie, okrywając kołdrą i rozejrzałam po pomieszczeniu. Naprzeciwko była kuchnia, w której przy stole siedział Louis w samych bokserkach, podpierając głowę rękami, wyglądał jakby próbował sobie coś przypomnieć. Nie zauważył, że już nie śpię.
- Lou, wytłumaczysz mi co tu robimy? Nadzy...? - mruknęłam.
- Ja... ja nie wiem. Pamiętam wszystko do 24:00... później pustka - jęknął.
- Ale my chyba... to znaczy nie ... myśmy się nie ... wiesz ... - jąkałam się patrząc na nagie ciało Tomlinsona.
- Nie... chyba nie. Nie wiem, nie pamiętam...
Szczelnie owinięta kołdrą wstałam i zaczęłam poszukiwania mojej sukienki. Znalazłam ją pod łóżkiem. Aż strach pomyśleć, w jaki sposób tam się znalazła. Poszłam do łazienki, wzięłam szybki prysznic i założyłam wczorajsze ubrania. Spojrzałam na mojego iPhone'a. Cztery nieodebrane połączenia od siostry...
Oddzwoniłam, odebrała po drugim sygnale.
- Sophie?! Gdzie jesteś do cholery?! Nawet nie wiesz, jak się o Ciebie martwiliśmy z rodzicami.
- Jesteśmy w pokoju na górze - mruknęłam.
- Jesteśmy...? - Jamie ściszyła głos.
- No z Louisem...
- Chodźcie lepiej na poprawiny, bo już wszyscy goście schodzą na dół, lepiej też to zróbcie - siostra chrząknęła.
- Idziemy już... - odpowiedziałam i rozłączyłam telefon.
- Lou, rusz tyłek. Idziemy na poprawiny - klepnęłam go w ramię.
- Idę.
Wszyliśmy z pokoju uprzednio sprzątając w nim trochę. Klucz zostawiliśmy po zewnętrznej stronie drzwi. Zjechaliśmy windą na parter.
- Gdzie Harry? - zilustrowałam chłopaka wzrokiem.
- Nieważne, da sobie radę. Nie jest już dzieckiem. Podoba Ci się, co? - Loui się zaśmiał.
- Żartujesz? Hazza? Znaczy nie mam nic przeciwko niemu jako kumplowi, jest świetny. Ale nie w moim typie - przybliżyłam się do Tomlinsona - wolę niebieskookich - szepnęłam mu na ucho.
                                                                           
                                                                  *Dwa tygodnie później*

Z niedowierzaniem wpatrywałam się w test ciążowy. Niezaprzeczalnie zostanę matką, a ojcem jest nie kto inny, jak Louis. Nigdy z nikim nie spałam, więc wszystkie podejrzenia padły na niego i na noc spędzoną w hotelu.
- Testy ciążowe nie są stuprocentowe... - Jamie objęła mnie ramieniem.
- Nie, ale jest dziewięćdziesiąt procent szans, że jestem w ciąży. To mi wystarcza - odchrząknęłam.
- To jak go powiadomisz?
- Co? - wytrzeszczyłam oczy na siostrę.
- No chyba nie chcesz, żeby malec nie miał ojca - skinęła głową na mój brzuch.
- On jest gwiazdą. Zniszczę mu karierę, poza tym wątpię, że będzie chciał mieć cokolwiek wspólnego z dzieckiem... - pokręciłam przecząco głową - Cokolwiek wspólnego ze mną...
Szatynka podała mi karteczkę z jakimś adresem.
- Gdybyś się jednak zdecydowała... - delikatnie się uśmiechnęła i wyszła.

                                                                   *Trzy dni później*

Oficjalnie jestem w ciąży. Oficjalnie z Louisem Tomlinsonem. Wychodząc z gabinetu lekarskiego poczułam się szczęśliwa. Pragnę tego dziecka, chociaż mam dopiero dziewiętnaście lat i wiem, że będzie mi trudno. Ale już je pokochałam, moje nienarodzone, malutkie szczęście. Louis nic jeszcze nie wie, muszę z nim porozmawiać, chociaż doskonale znam jego odpowiedź...

                                                                     *Tydzień później*

Stoję przed drzwiami jego domu. Waham się przez chwilę i rozważam ucieczkę z tego miejsca. On i tak nie będzie chciał naszego dziecka... nie będzie chciał mnie. Powoli i uważnie pukam dwa razy w mahoniowe drzwi. Otwiera mi kobieta, prawdopodobnie mama ojca moich dzieci.
- Dzień dobry, jestem przyjaciółką Louisa, Sophie - przedstawiłam się i wyciągnęłam rękę. Kobieta ją uścisnęła.
- Johanna - przedstawiła się - Zaraz zawołam syna - posłała mi uśmiech.
Po chwili w drzwiach pojawił się chłopak.
- Cześć - szepnęłam.
- Cześć Sophie! - zareagował z entuzjazmem i mnie przytulił. Nie spodziewałam się takiej reakcji. W drzwiach pojawiło się kilka dziewczynek - To moje siostry: Lottie, Phobe, Fizzy i Daisy - wyjaśnił.
- Miło Was poznać - uśmiechnęłam się nieśmiało.
- Chodźmy do mnie, na górę - zarządził. Poczłapałam po schodach za nim.
- No, to opowiadaj, co Cię sprowadza?
- Nic co może Cię ucieszyć - odparłam z grobową miną. Louis najpierw zrobił podobną, a później się roześmiał - Nie żartuję, Louis - uspokoiłam go.
- O co chodzi? - nerwowo strzyknęłam palcami. Tomlinson się skrzywił - Nie rób tego więcej, proszę - posłał mi uśmiech.
- Jest to dla mnie bardzo trudne, Louis... - zaczęłam - Z góry przepraszam za prostolinijność, ale nie wiem w jaki inny sposób mogę Ci to przekazać. Tej nocy w hotelu... - wzięłam głęboki oddech - Louis... ja... to znaczy my... będziemy mieli... - zawahałam się - dziecko - skończyłam i z grobową miną wpatrywałam się w twarz chłopaka. Dało się wyczytać z niej wszystkie targające nim emocje. Szczęście, ból, strach, bezradność i znowu strach.
- Ja... znaczy jesteś pewna, że to są moje dzieci? - zapytał.
- Uważasz, że kłamię? Nigdy z nikim nie spałam! Więc jedyną osobą, którą mogę posądzać jesteś ty - oskarżycielsko wymierzyłam palec w jego stronę.
- Nie mamy pewności, że ze sobą spaliśmy - odchrząknął.
- Eh, jesteś beznadziejny - mruknęłam i opuściłam dom Louisa.
______________________________________________________

Jestem baaaardzo zadowolona z tego rozdziału. :]
Mam nadzieję, że wy też. :3
Następny jak najszybciej, obiecuję! ;]

 
< 3

1 komentarz: